Lech KaczyÅ | „W Sieci”: wywiad z Jackiem Sasinem, wiceprezesem Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego
21532
single,single-post,postid-21532,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,wpb-js-composer js-comp-ver-4.3.5,vc_responsive
art_20130111_202432

„W Sieci”: wywiad z Jackiem Sasinem, wiceprezesem Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego

Jacek Karnowski, Michał Karnowski: Siedem lat temu śp. Prezydent Lech Kaczyński objął swój urząd. Co, z dzisiejszej perspektywy, było w jego misji najważniejsze? Czym odróżniała się ona od poprzedników i następcy?

Minister Jacek Sasin: Najkrócej mówiąc – wizją. Zarówno prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego jak i Bronisława Komorowskiego nastawione były na trwanie, bez poważnej odpowiedzi czemu ma to służyć. Coś tam robią, wręczają nominację i ordery, ale niewiele z tego wynika, nic w Polsce nie zmienia. Jeśli szukać w nich jakiegoś sensu, to byłaby nim ochrona partykularnego interesu własnego kręgu politycznego i towarzyskiego i dbałość o to, aby nikt i nic nie naruszył korzystnego dla tych kręgów status quo. Lech Kaczyński nie chciał występować w takiej roli, miał ambicje uczynić z prezydentury centrum Polski, miejsce gdzie budowana jest polityka strategiczna, gdzie wskazuje się wizję, kierunek w jakim ma zmierzać Polska.

W polityce zagranicznej?

Też, ale przecież nie tylko. Na suwerenność składa się tak rola kraju na zewnątrz, jego siła, jak i to co dzieje się wewnątrz. Suwerenność to przecież nie tylko atrybuty zewnętrzne. Nie jest suwerennym kraj, w którym naród nie jest suwerenem, gdzie kto inny, czynniki zewnętrzne lub wąskie grupy interesów, różnego rodzaju koterie, decydują o kierunkach rozwoju państwa, nie licząc się przy tym nie tylko z wolą narodu, ale często także z jego zupełnie podstawowymi interesami. Lech Kaczyński chciał państwa w pełni suwerennego, a nie kolorowej atrapy. Po to został prezydentem, temu był wierny do końca.

To rodziło potworne konflikty.

Tak, ale ta cena była znana panu prezydentowi gdy podejmował się tego zadania.

Nie było pokusy by w imię zyskania w sondażach, a wyborcy przecież nie lubią konfliktów, jednak odpuścić? Ustąpić w kilku miejscach, odstąpić od kilku celów?

Takie głosy padały, także wewnątrz ekipy prezydenckiej. Nawet tuż przed tragedią smoleńską, kiedy przygotowywaliśmy się do kampanii prezydenckiej, niektórzy doradcy parli w tym kierunku.

Mówili: ludzie chcą prezydentury nieinwazyjnej, taką im daj?

Niemal tymi słowami to wyrażali. Stwierdzano, że prezydent nie powinien mówić co myśli, ale to co ludzie chcą usłyszeć. Że zamiast wyrazistej wizji ma sprzedawać obłe obietnice. Wskazywano na wzór – Aleksandra Kwaśniewskiego.

I Lech Kaczyński rozważał taką przemianę?

Skąd! Nigdy. Bardzo gwałtownie reagował na takie sugestie. Mówił, że jeśli ma być sztuczny, jeśli ma kłamać, to woli przegrać. Nie potrafił wyobrazić sobie takiego funkcjonowania w polityce.

To godne szacunku i za to chyba do dziś jest tak przez ludzi kochany, nie zawiódł swoich wyborców. Ale czy naprawdę nie dało się uniknąć części konfliktów?

No dobrze, ale zadajmy pytanie kto te konflikty wywoływał? Wielu ludziom wtłoczono do głowy, że prezydent Lech Kaczyński był kłótliwy, wywoływał ciągle spory. Z wewnątrz, w otoczeniu prezydenta, wyglądało to inaczej. Zwłaszcza po 2007 roku, kiedy Donald Tusk został premierem, niemal każdego dnia widzieliśmy jak ekipa rządząca prze do konfliktu, wywołuje wojny i wojenki. Świadomie zdefiniowali sobie to jako cel i realizowali. Charakterystyczny był tu spór o udział Prezydenta w szczycie Unii Europejskiej w październiku 2008 roku. Normalne realizowanie przez Prezydenta swoich kompetencji zostało nie tylko publicznie zakwestionowane przez rząd i ogromną większość mediów, ale przy tej okazji rozpętana została gigantyczna kampania służąca Jego zdyskredytowaniu. Prezydenta przedstawiano jako zawziętego kłótnika, człowieka, który przeszkadza.

Co można było w tej sytuacji zrobić?

Wyjścia były dwa. Bronić prawdy albo ustępować. Z tym, że to drugie wyjście nic by nie dało, bo gdy wygaszano jeden spór, Platforma natychmiast wywoływała drugi. Poza tym to nie była decyzja tylko pijarowska. Na prezydencie ciąży konstytucyjna odpowiedzialność za kurs państwa. By go pilnować ma odpowiednie narzędzia konstytucyjne. Zaakceptowanie próby ograniczania prezydenckich uprawnień oznaczałyby sprzeniewierzenie się obowiązkom państwowym, a to usiłowała wymusić ekipa Tuska.

Zaklęty krąg?

Trochę tak, w sytuacji tak potężnej medialnej przewagi obozu platformerskiego byliśmy w sytuacji niezmiernie trudnej. Cokolwiek byśmy nie zrobili i tak obwoływano nas awanturnikami. Agresora niszczącego państwo przedstawiano jako baranka, cel ataku prezentowano jako napastnika. Nawet gdyby prezydent usunął się w cień i tak by atakowano.

Co chciała osiągnąć tymi działaniami Platforma? Dlaczego potrzebny był jej, i poniekąd jest, tak mocny konflikt?

To co wprost wykrzyczał Radosław Sikorski: „dorżnięcie watahy”. Chodziło nie o demokratyczne zdobycie władzy, ale o władzę na zawsze. Nie o pokonanie przeciwnika politycznego, ale o jego całkowitą likwidację. Żaden urząd nie miał pozostać w jej rękach, żadna struktura, żadne medium nie miało jej prawa sprzyjać. To nie była walka demokratyczna, to była walka na śmierć i życie, wojna totalna. W towarzyszącej temu propagandzie przed Polską jaśniała świetlana przyszłość i tylko wstrętny prezydent i jego obóz stali na przeszkodzie do rozwoju. Czy tak było rzeczywiście widzimy po trzech latach pełni władzy PO.

Mówi pan, że prezydent Kaczyński walczył. I to prawda, ale chyba długo miał złudzenia co do rzeczywistych zamiarów Donalda Tuska. Bywało przecież i tak, że zapraszał premiera, odbywał z nim miłą pogawędkę przy winie, a potem ze zdziwieniem widział jak tuż po wyjściu z Pałacu Prezydenckiego Tusk przypuszcza na niego kolejny brutalny atak.

Nie byłem przy tych spotkaniach więc nie wiem jak wyglądały. Rzeczywiście, prezydent opowiadał takie historie, a często, zwłaszcza w pierwszym okresie koegzystencji, potrafił pochwalić Tuska, powiedzieć o nim coś ciepłego. Potem pozostało już tylko zdziwienie, że można być człowiekiem tak całkowicie pozbawionym hamulców i skrupułów.

Nie ma pan wrażenia, że tam było coś głębszego? Gdzieś w roku 2009 dziennikarze podpatrzyli na premierowskim biurku Donalda Tuska sprężynkę na której umieszczono kiwającą się główkę Lecha Kaczyńskiego. Służyło to najpewniej do pstrykania palcami i było wyrazem jakiejś niesamowitej zapiekłości, wręcz nienawiści.

Nie dziwi mnie to, bo ta wojna z prezydentem była osobistą decyzją Donalda Tuska. Każdy element tego przemysłu pogardy wynikał z jego woli. Nawet Janusz Palikot po latach zaprzeczeń przyznał w końcu, w wywiadzie rzece z red. Anną Wojciechowską, że każdy atak na śp. Prezydenta uzgadniał z Tuskiem, że wszystko działa się za zgodą premiera.

Z czego wynikały te emocje Tuska, ta zgoda na połamanie wszelkich reguł?

On niezwykle boleśnie przeżył porażkę wyborczą roku 2005, tak naprawdę czuł się już prezydentem, ogłosił to nawet Polakom na plakatach. Przegrywając poczuł się upokorzony, ośmieszony i poprzysiągł zemstę. Dlatego odmówił koalicji z PiS, dlatego od razu poszedł na wojnę. Przypominam sobie chociażby tak zwany błękitny marsz PO z roku 2006, gdzie niesiono portrety Lecha Kaczyńskiego z narysowaną tarczą strzelniczą. To była potężna nienawiść. Ale poza aspektem osobistym był też potężny konflikt polityczny, czy wręcz cywilizacyjny. Otóż cała reformatorska retoryka PO z lat wspólnej z PiS opozycji wobec rządów SLD w latach 2001-2005 okazała się fikcją, oszustwem. Po wyborach 2005 roku Tusk i jego otoczenie podjęli decyzję, że podjęta przez PiS próba naprawy państwa jest dla nich nie do przyjęcia. Oni wtedy zdecydowali, że staną w obronie dotychczasowego systemu. Prezydent Kaczyński wskazywał w trakcie rozmów jakie często toczyliśmy w Pałacu Prezydenckim, że po 2005 roku Platforma Obywatelska stała się w pełni tego znaczenia partią postkomunistyczną. Oczywiście nie w sferze życiorysów, ale w sferze stosunku do państwa i jego obywateli oraz celów polityki, jaką zamierzała realizować. To diagnoza niezwykle trafna. Uzmysławia nam ona, że fundamentalny spór, jaki definiował polskie życie polityczne po 1989 roku, spór pomiędzy obozem postkomunistycznym a niepodległościowo-solidarnościowym, jest nadal aktualny. Z tą różnicą, że dziś głównym filarem postkomunizmu w Polsce nie jest już SLD, a właśnie Platforma Obywatelska.

Jakie znaczenie miała działalność Palikota? Na ile odniósł sukces, na ile osiągnął swój cel, który definiował jako „podważenie godnościowych fundamentów tej prezydentury”?

Wielu ludzi się temu nie poddało, nie dało się nabrać. Niestety, w pewnych kręgach społecznych odniósł spore sukcesy. Ale oczywiście nie byłby tak skuteczny gdyby nie mógł liczyć na większość mediów, bezkrytycznie powielających jego insynuacje, kłamstwa, oszczerstwa.

Dziś media zachowują się inaczej gdy w przestrzeni publicznej padają ataki na władzę?

Panowie żartują? To oczywiste. Dziś każdy krytykant władzy jest potępiony, na nim skupia się dociekliwość mediów. Wtedy robiono odwrotnie – najgłupszy nawet zarzut przejmowano, nagłaśniano i atakowano nim naszą ekipę. Zresztą, i Lech Kaczyński i każdy z jego otoczenia nie miał żadnych złudzeń, że można media zmienić. To nie były przecież decyzje dziennikarzy, ale kapitału jaki za ich mediami stoi.

To jak chcieliście wygrać wybory? Jak zawalczyć?

Wiedzieliśmy, że w kampanii prezydenckiej media centralne centralnie zaatakują urzędującego prezydenta. Planowaliśmy więc obejście tych mediów, za pomocą spotkań bezpośrednich, właściwie każdy zakątek kraju miał być odwiedzony, i za pośrednictwem mediów lokalnych, mniej upolitycznionych, otwartych bardziej na rozmowę. Nie mieliśmy oczywiście możliwości sprawdzić na ile będzie to skuteczne. Prezydent zginął, normalnej kampanii nie było.

Wierzył pan w wygraną Lecha Kaczyńskiego?

Wszyscy wierzyliśmy, zwłaszcza od momentu gdy okazało się, że kontrkandydatem będzie Bronisław Komorowski. Mieliśmy świadomość jego słabości, mediom trudniej byłoby też budować zderzenie oparte na różnicy wieku. Byliśmy zmobilizowani, pewni, że możemy powalczyć, a Komorowski jest do pokonania.

To był pewnie jedyny możliwy plan. Z drugiej strony nawet po Smoleńsku zobaczyliśmy siłę tego co Piotr Zaremba jako pierwszy nazwał przemysłem pogardy. Po kilku dniach media się otrząsnęły i przystąpiły do wulgarnego zabijania wspólnoty żałoby i pamięci.

Bo zobaczyły siłę tej wspólnoty. Paradoksalnie to jest też odpowiedź na wcześniejsze panów pytania. Lech Kaczyński miał masę atutów, tak politycznych jak i osobistych. Mimo tych ataków jestem przekonany, że z czasem prezydent wejdzie do wspólnego dla wszystkich narodowego panteonu. Tak jak wszedł Józef Piłsudski, który za życia i tuz po śmierci budził potworne namiętności, a jego pochówek na Wawelu wzbudził protesty nieporównanie silniejsze niż te, które dotyczyły pochówku Pary Prezydenckiej.

Mamy podobną opinię, ale wciąż zastanawiamy się jak obóz władzy mógł uwierzyć, że gasząc znicze, wywożąc kwiaty położone dla śp. Marii Kaczyńskiej, zgasi też pamięć Polaków. Przecież nawet komuniści wyżej nas jako naród oceniali.

Ale jednocześnie też to robili, do końca – wywozili nielegalne kwiaty, likwidowali niesłuszne z ich punktu widzenia pomniki i krzyże. I tak jak komuniści ponieśli w tej sprawie klęskę, taką samą klęskę poniosą ci, którzy robią to dzisiaj. Myślę, że oni już widzą nieskuteczność, a wręcz odwrotny od zamierzonego skutek swoich działań, ale jak już przyjęło się pewien model działania to bardzo trudno się wycofać. Obecna władza po 10 kwietnia 2010 roku przestraszyła się tej niepokornej wspólnoty, rozpoczęła walkę ze znakami pamięci. Uznali, że to zagraża całej konstrukcji polityczno-medialnej powstałej po 1989 roku. Stąd tak brutalne metody tej walki, łamiące nie tylko polską, ale obowiązującą w całej naszej cywilizacji tradycję upamiętnienia zmarłych.

Albo liczyli, że wystarczy rok takich działań i wszystko zgaśnie?

Też tak myślę. Mają świadomość swojej przewagi medialnej i uwierzyli, że zapędzą resztę do oszołomskiego getta. Okazało się jednak, że ludzi chcących pamiętać o ofiarach Smoleńska i domagających się prawdy jest coraz więcej, że tworzy się archipelag polskości i prawdziwe, niezależne od władzy społeczeństwo obywatelskie. Charakterystyczne są ostatnie sygnały, wychodzące ze sfer prorządowych, że może warto by jednak zgodzić się na pomnik Lecha Kaczyńskiego. Widać, że tam są jakieś dyskusje co dalej, że narasta świadomość nieskuteczności dotychczasowej drogi.

Zwłaszcza, że w naszą wrażliwość społeczną uderzyło ujawnienie iż część ofiar tragedii 10 kwietnia pochowano nie w swoich grobach. To ludźmi wstrząsnęło.

W mojej ocenie, i mówię to na podstawie osobistych doświadczeń, wyniki ponownych ekshumacji przekonały wiele osób, iż mieliśmy rację podnosząc wątpliwości co do jakości i rzetelności śledztwa smoleńskiego, tak w Polsce jak i w Rosji. Wcześniej formułowane zarzuty mogły być dla sporej części społeczeństwa abstrakcyjne, choć dla osób z troską myślących o państwie, także wstrząsające. Jednak by usłyszeć i zrozumieć jaką grozę niesie informacja, iż rząd naszego kraju układał się z obcym mocarstwem przeciw prezydentowi Rzeczypospolitej, trzeba się choć trochę interesować polityką. Błędne pochówki, brak szacunku dla zwłok, dociera do każdego. Każdy zadaje sobie pytanie: a co by było gdyby dotyczyło to kogoś z moich bliskich? Czy wybaczyłbym choćby kłamstwa Ewy Kopacz, zapewniającej, że polscy lekarze byli przy sekcjach zwłok?

Byli jednak po Smoleńsku ludzie, którzy się załamali, doszli do wniosku, że nie są w stanie wytrzymać kolejnych lat w głębokiej opozycji, rzucić wszystko, całą karierę i życie na szalę?

Byli, ale z dumą patrzę na ekipę, która pracowała dla prezydenta w ostatnim okresie przed tragedią. Nikt nie zdradził, nikt się nie poddał. Odwrotnie, scementowało nas to. Może dlatego, że wiedzieliśmy, lepiej niż ktokolwiek, iż Smoleńsk był wynikiem tego co działo się wcześniej. Każdy z nas czuł po 10 kwietnia, że z tej drogi nie ma odwrotu, że musimy iść dalej wspólnie, że tu już chodzi o dużo więcej niż o politykę, że to wybór życiowy.

Sprawa bardziej moralna niż polityczna?

Zdecydowanie tak. Z tego punktu widzenia ze zdziwieniem patrzyliśmy na kolejne rozłamy. Uznawaliśmy je za niegodziwość, za zdradę prezydenta. Bo każdy kto zada sobie pytanie gdzie dzisiaj Leszek kazałby nam być, co robić, jak działać, natychmiast znajdzie jasną odpowiedź. W mojej ocenie jedyną drogą dochowania wierności prezydentowi jest działanie w Prawie i Sprawiedliwości, bo tylko ta partia dąży do zrealizowania jego programu politycznego, jego wizji Polski i, co nie mniej ważne, z determinacją dąży do ujawnienia prawdy o tragedii 10 kwietnia. Inne partie nic w tej sprawie nie robią.

No właśnie, to zaskakujące jak łatwo pozostałe partie przeszły do porządku dziennego nas smoleńską tragedią, dopuszczały się nawet z niej szyderstw. Weźmy choćby SLD – przecież ta partia straciła tam wiele ważnych dla tego środowiska osób w tym kandydata na prezydenta. Dlaczego milczą? Uznali, że wszystko wyjaśniono?

Nie, tę tezę odrzucam. Trzeba wyjątkowo dużo dobrej woli, albo właśnie złej woli, by uznać że dorobek komisji Jerzego Millera cokolwiek wyjaśnił. A co do SLD – też się zastanawiam. To nie jest duże środowisko, wszyscy znali tych, którzy zginęli.

A więc?

To chyba wynika z kalkulacji politycznej. Tak w PO jak i w SLD doszli do wniosku, że jakiekolwiek zakwestionowanie oficjalnych wersji wydarzeń służy PiS-owi. Więc by tego uniknąć złożyli te ofiary na ołtarzu bieżącej polityki. Uznali, że tamci zginęli, trudno, dziś najważniejsza jest ochrona status quo. Dla mnie to nie do zaakceptowania.

Pan miał być na pokładzie tego tupolewa?

Tak. Znając wschodnie metody, obawialiśmy się jednak wraz ze śp. Władysławem Stasiakiem, że ktoś lub coś może chcieć zakłócić uroczystości w Katyniu. A to dźwięk nie będzie działał, a to scena się zawali by ośmieszyć prezydenta. Niestety, naszym służbom dyplomatycznym i BOR nie mogliśmy w pełni ufać. Ustaliliśmy, że ktoś powinien pojechać wcześniej i wszystko sprawdzić. Miała to być śp. Katarzyna Doraczyńska, wicedyrektor gabinetu szefa Kancelarii Prezydenta. Wspaniała dziewczyna, harcerka. Wtedy jednak okazało się, że ona ma już wykupione bilety lotnicze do rodziny w Wielkiej Brytanii i dopiero w czwartek wieczorem wraca do Polski. Przebukowanie biletów okazało się niemożliwe. Powiedziałem więc – dobrze, ja pojadę tam samochodem wszystko sprawdzić, a w zamian wrócę tupolewem. Taki był plan, ale jak wiemy, żadnego powrotu nie było. Wszyscy zginęli.

Na miejscu wszystko było w porządku?

Sprawdziłem to co mogłem osobiście. Pytałem wszystkich przedstawicieli służb polskich. Nikt nie meldował o nieprawidłowościach, a dziś wiemy iż np. BOR nie miał możliwości sprawdzić lotniska, funkcjonariusze nie zostali na jego teren wpuszczeni. Gdybym o tym wiedział dałbym sygnał do Warszawy. Niestety, zapewniano iż wszystko sprawdzone, w porządku i gotowości. W świetle tego czego dowiedzieliśmy się po Smoleńsku to niepojęte.

Dowiedział się pan o tragedii już na cmentarzu katyńskim?

Tak, jeszcze raz wszystko sprawdzałem. Jeden z naszych pracowników był na lotnisku, miał mi dać znać gdy samolot wyląduje. Wtedy miałem podejść do bramy cmentarza i tam pana prezydenta przywitać. Pierwsza informacja jaką otrzymałem nie brzmiała groźnie – jest mgła, samolot może nie wylądować, prawdopodobnie zostanie przekierowany do Moskwy. To przekazał mój współpracownik. Zapytałem skąd to wie? Odparł, że od pracownika protokołu dyplomatycznego. Postanowiłem porozmawiać z nim osobiście, podszedłem do niego w momencie gdy z kimś rozmawiał, przypuszczam, że z ambasadorem RP w Moskwie Jerzym Bahrem. Z tej dziwnej rozmowy wynikało, że coś złego się stało. Gdy skończył, spojrzał na mnie i powiedział: „Nie wiem jak panu o tym powiedzieć ale coś się wydarzyło na lotnisku, w samolocie”. Wyobraźnia podpowiedziała, że ktoś zasłabł, źle się poczuł, byli tam przecież też starsi ludzie. Potem doprecyzował, że to coś przy lądowaniu, że samolot zjechał z pasa. Ale tu znowu – wyobraźnia podpowiada, że maszyna zatrzymała się poza pasem, w najgorszym wypadku zaryła w ziemię. Zacząłem dramatycznie wydzwaniać do mojego pracownika na lotnisku. Nie odbierał telefonu. Zapytałem więc funkcjonariusza BOR, przecież tam na lotnisku, myślałem, są jego koledzy. Odparł, że nie wie, bo na lotnisku nie ma BOR-u.

Przecież generała Marian Janicki przysięgał, że BOR tam był!

I on wie, i ja wiem, że to kłamstwo. Nikt z BOR nie czekał na prezydenta Kaczyńskiego na lotnisku w Smoleńsku. Wyruszyliśmy ku lotnisku. W drodze zadzwonił do mnie ten pracownik z lotniska, który opisał skalę tragedii.

Czy możliwość aż takiego zagrożenia życia prezydenta kiedykolwiek wcześniej przeszła panu przez głowę?

Nigdy. Raczej oczekiwaliśmy zakłócenia tej wizyty na miejscu, jakiejś prowokacji albo jeszcze w kraju, być może odmowy prezydentowi samolotu w ostatniej chwili przez rząd. Takiej tragedii nikt nie przewidywał.

Dziś wiemy, że był też przekazany sygnał zagranicznych służb wywiadowczych o zagrożeniu zamachem samolotu z przywódcą jednego z państw europejskich. Wiedzieliście o tym?

Nie, taki sygnał do nas nie dotarł, służby nam go nie przekazały. Informację o braku takiego powiadomienia potwierdziła w ostatnich dniach Kancelaria Prezydenta Komorowskiego. To zresztą nie jedyny przykład lekceważącego podejścia podległych rządowi służb do organizacji tej wizyty. O fakcie, że smoleńskie lotnisko jest od dłuższego czasu nieczynne i sami Rosjanie informują, że nie spełnia ono wymogów bezpieczeństwa, my w Kancelarii Prezydenta dowiedzieliśmy się z pisma MSZ, które wpłynęło do nas już po katastrofie. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że gdyby ta informacja była nam znana wcześniej, nigdy nie zgodzilibyśmy się na lot do Smoleńska. Istniały przecież inne możliwości dotarcia na uroczystości do Katynia.

A co w pana ocenie tam w Smoleńsku naprawdę się stało?

Trudne pytanie. Wiele wskazuje na to, że to nie był wypadek, że ktoś do tej tragedii przyłożył rękę, że doszło do zamachu. Te wszystkie fałszerstwa dokumentacji, stenogramów w kluczowych punktach, brak solidnych badań ze strony powołanych do tego instytucji. Z drugiej strony dysponujemy dzisiaj ogromnym dorobkiem niezależnych ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym Antoniego Macierewicza, którzy przekonująco zakwestionowali wyniki badań rządowej komisji Millera. I wreszcie to, co zaszokowało nas w ostatnim czasie – ślady materiałów wybuchowych na wraku. W obliczu tych wszystkich faktów żaden uczciwy człowiek w Polsce nie może powiedzieć, że sprawa została wyjaśniona. Zwrot wraku i oryginałów czarnych skrzynek oraz podjęcie wreszcie uczciwego śledztwa to dzisiaj konieczność. Szczątki tupolewa odpowiedzą nam na wiele kluczowych pytań. Wybuchy pozostawiają ślady, odkształcenia. Myślę, że dlatego Rosjanie tak to odwlekają. Oni wyraźnie mają coś do ukrycia. W obecnym stanie rzeczy niezbędne jest wreszcie powołanie międzynarodowej komisji niezależnych ekspertów. Tylko wyniki prac takiej komisji mogą być rozstrzygające. Trudno będzie przyjąć orzeczenia innych instytucji, szczególnie takich, które, jak niestety prokuratura wojskowa, dopuszczają się jawnych manipulacji. Trzeba wyraźnie powiedzieć jedno. Pełne wyjaśnienie przyczyny tragedii 10 kwietnia 2010 roku to kwestia polskiej racji stanu. Państwo, które nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zginął jego Prezydent i duża część jego elity, nie może być przez nikogo uważane za suwerenne. Konsekwencje takiego stanu rzeczy będą katastrofalne dla naszych przyszłych losów. Dlatego, wszyscy ci, którzy walczą dzisiaj o prawdę o Smoleńsku, walczą tak naprawdę o niepodległą przyszłość Polski. Tusk i jego ludzie, próbując nam w tym przeszkodzić, za samo to zasługują na najsurowsze potępienie.

A jeśli okaże się, że to nie był zamach, to też pan zaakceptuje tę decyzję?

Tak, gdyby takie były ustalenia międzynarodowej komisji, przyjąłbym to nawet z ulgą. Nie chodzi tylko o konsekwencje polityczne. Łatwiej byłoby jednak przyjąć śmierć tylu zaprzyjaźnionych, liskich mi osób, w wyniku wypadku, na który nie mamy wpływu. Pogodzić się z tym, że zostali zamordowani, nie da się nigdy.